Gdybym miała nazwać to, co najbardziej różni mnie dojrzałą, ode mnie sprzed lat, zdecydowanie jest to większy dystans do siebie.
Gdy myślę sobie, jak łatwo było mnie kiedyś obrazić i sprawić, żebym była zraniona cudzą opinią, to wywołuje to obecnie uśmiech mojej na twarzy. Czym ja się tak przejmowałam? Dlaczego uważałam, że muszę być doskonała? I przede wszystkim – dlaczego tak serio to wszystko traktowałam?
Myślę, że wynikało to z tego, że jeszcze nie wiedziałam kim naprawdę jestem. Opierałam się na sygnałach z zewnątrz na swój temat. Z przerażeniem wyobrażałam sobie, że ktoś może myśleć coś złego o mnie. Czy teraz mam dystans do siebie? Oczywiście nie zawsze. Ale różnica jest ogromna.
Dwie rzeczy bardzo pomagają w tym, żeby mniej przejmować się opiniami innych i patrzeć na siebie z większym dystansem. Pierwsza to zrozumienie, że każdy człowiek popełnia błędy, robi głupie rzeczy, a opinie innych nie są jakąś obiektywną, bezsprzeczną prawdą. Drugą rzeczą jest poczucie humoru i umiejętność śmiania się z siebie. To jest chyba nawet ważniejsze.
Pamiętam jak przed laty, dzień przed rozpoczęciem nowej pracy, byłam bardzo zdenerwowana i aby się zrelaksować, poszłam do kina na film „Dziennik Bridget Jones”. Ależ mi to pomogło!
Ta nieporadna dziewczyna, która robiła gafę za gafą, była taka urocza
. I jakaś taka bardziej naturalna, niż doskonała Natasza, z którą się wciąż porównywała. Uznałam wtedy, że z cała pewnością sobie poradzę, a jak się skompromituję, to się z tego pośmieję. Oczywiście wszystko poszło dobrze i pracowałam w tej firmie 21 lat.

Było pełno sytuacji, w których się wstydziłam, ganiłam siebie i wściekałam się, że nie zrobiłam czegoś lepiej. Któż z nas tego nie przeżył?
A może jednak warto spojrzeć na siebie czasami z uśmiechem? Łatwiej udaje się to po czasie.
Fantastycznym nauczycielem dla mnie jest też mój syn, który potrafi w niezwykły sposób, z ogromnym poczuciem humoru, sprowadzić mnie czasem na ziemię, wyśmiewając moje spiny, w taki sposób, że oboje zaśmiewamy się z nich do łez.
Bo to kochani jest naprawdę często śmieszne, jakimi głupotami potrafimy się czasami zadręczać i biczować sami siebie. Zupełnie bez poczucia humoru i bez szerszej perspektywy.
Na koniec, pamiętam pewne ćwiczenie terapeutyczne – wyjść na spacer z przywiązanym na smyczy bananem i wołać do niego, jak do pieska.
Wyobraźcie to sobie. Macie wtedy gwarancję, że wszyscy przechodnie wezmą Was za wariata. A Waszym zadaniem byłoby sobie z tym poradzić i zobaczyć, że to nie ma wpływu na to kim jesteście i jak wygląda Wasze życie.
Pytam siebie czasem, czy jestem gotowa na taki spacer? Jeszcze nie, ale może kiedyś to się zmieni. A jeśli zobaczycie kobietę z bananem na smyczy, to prawdopodobnie będę ja – uśmiechnięta od ucha do ucha! I kto wie? Może Wy też będziecie wtedy z uśmiechem robić coś zwariowanego?
Takiego spotkania nam życzę.
Pozdrawiam cieplutko

Dorota Wachowicz
Ponad 20 lat HR w Corpo, Coach, Mediator.
Kocha ludzi z ich wszystkimi zaletami i wadami.