Znalazłam go ostatnio w szufladzie z „ważnymi rzeczami”. Ta szuflada jest jak poczekalnia dla przedmiotów, które nie wiedzą, czy są jeszcze potrzebne. Leżał tam klucz. Mały, srebrny, trochę wytarty. I kompletnie bezużyteczny.
Do drzwi, których już nie ma.
Kiedy go podniosłam, dźwięk był taki sam jak kiedyś – ten drobny metaliczny stuk, który robiły wszystkie klucze świata, zanim zaczęliśmy otwierać życie telefonem. Dziwne, jak potrafi wrócić coś, czego nikt nie wzywał.
Pamiętam drzwi. Były ciężkie. Zawsze trochę się zacinały, jakby chciały sprawdzić, czy naprawdę wiem, po co weszłam. Klucz wchodził w zamek z oporem, ale wystarczyło jedno zdecydowane przekręcenie nadgarstka. Pierwszy ruch – klik. Drugi – te kilka sekund ciszy, zanim otwierała się przestrzeń, w której coś mnie czekało. Czasem dobre, czasem trudne, najczęściej zwykłe.
A dziś? Nie ma ich. Zburzono budynek, zostawiono dziurę w ziemi. Klucz nadal istnieje, ale jego świat już nie.
Trochę jakby zgubiła się gwarancja na wspomnienia.
Trzymam go w dłoni i czuję, jak w środku podnosi mi się to coś, co człowiek nazywa tęsknotą, choć to słowo jest zbyt szerokie. Ja tęsknię wężej, bardziej punktowo – dokładnie do chwili, w której tamte drzwi zamykały się za mną i wiedziałam, że jestem na swoim miejscu, nawet jeśli to miejsce miało kruszeć.
Czasem łapię się na tym, że odruchowo chciałabym go nosić przy sobie. W pęku kluczy, między tymi aktualnymi, ważnymi, działającymi. Ale on nie szuka już zamka. I chyba dobrze, bo gdyby go znalazł, mogłoby się okazać, że to, czego szukam, przestałam rozpoznawać.
Jest w tym kluczu jakaś nieprzyzwoita lojalność.
Jakby nie przyjął do wiadomości, że jego praca dobiegła końca.
A ja? Ja go nie wyrzucę. Nie umiem. Nie dlatego, że trzyma mnie przeszłość. Raczej dlatego, że nie wszystko musi jeszcze do czegoś pasować. Czasem wystarczy samo poczucie ciężaru czegoś, co było ważne.
Tylko jedno mnie zastanawia: czy da się naprawdę zamknąć drzwi, których już nie ma…?

