Ułatwienia dostępu

Powrót

Odprysk codzienności

Zdarza mi się, zwłaszcza rano, patrzeć na kubek. Ten jeden, z odpryśniętym uszkiem, który już dawno powinien trafić do kosza. A jednak stoi, jakby miał prawo głosu. I chyba ma, bo za każdym razem, kiedy po niego sięgam, czuję coś w rodzaju… lekcji? Nie, to za duże słowo. Raczej szeptu. Przypomnienia o czymś, co zwykle gubię między jedną wiadomością a drugim zmartwieniem.

Może to kwestia tego odprysku. Mały znak, że rzeczy się zużywają, a ja razem z nimi. I że wcale nie trzeba od razu tego łatać ani wyrzucać. Że czasem lepiej pobyć chwilę z tym, co jest nieidealne i nieproste, zanim człowiek zacznie kombinować, jak to naprawić. Bo mam tendencję do biegu. Do „zaraz ogarnę”, „zaraz poprawię”, „zaraz będę gotowa”.

Kiedyś w połowie dnia złapałam się na tym, że nawet oddech traktuję zadaniowo. Wdech-wydech, szybciej, bo trzeba zdążyć. W jakim momencie zwykłe oddychanie przestało być zwykłe?

Jest w tym coś absurdalnego. Wszyscy gonimy, a nikt nie wie dokładnie dokąd. I kiedy nagle coś zatrzyma – choroba, utrata, cokolwiek, co burzy układ – wtedy dopiero okazuje się, że najwięcej sensu miały te drobne chwile, których nikt nie wpisał do kalendarza. Ten kubek. Ten oddech. To zdanie rzucone mimochodem, które wcale nie było mimochodem.

Czasem wydaje mi się, że życie składa się z takich odprysków. Małych uszkodzeń, po których człowiek zaczyna widzieć świat pod innym kątem. Bo prawda jest taka, że rzadko dojrzewamy z triumfu. Częściej z potknięcia. Albo z czegoś, co wyglądało jak porażka, a później okazało się początkiem. Choć zwykle dopiero po czasie mamy odwagę sobie to przyznać.

Najprostsze rzeczy robią we mnie największy hałas. Ten kubek na przykład – stoi na blacie, a ja już widzę w nim wszystkie momenty, w których próbowałam być „lepszą wersją siebie”, choć wystarczyłoby, żebym była sobą. Bez sprintu. Bez prób zaklejania każdej rysy. I bez tego wewnętrznego inspektora jakości, który odzywa się zawsze wtedy, kiedy zaczynam żyć trochę za bardzo po ludzku.

Może dlatego tak kurczowo trzymam się niektórych drobiazgów. Bo przypominają mi, że człowiek nie musi być w całości, żeby mieć sens. Że można coś nieść nawet z pęknięciem. I że nie wszystko, co się kruszy, trzeba od razu wymieniać.

Patrzę więc na ten kubek i myślę, że najbardziej potrzebuję dziś właśnie jego – zwykłego świadka mojego chaosu. Nie perfekcji. Nie nowych postanowień. Tylko czegoś, co cicho mówi: „możesz” tam, gdzie ja zwykle mówię sobie „jeszcze nie”.

I zastanawiam się, ile rzeczy w moim życiu mówi do mnie równie cicho, tylko ja wciąż zagłuszam je własnym pośpiechem.

Czy naprawdę trzeba aż odprysku, żeby to usłyszeć?

 

Czas na Życie

AgaPu
Pasjonatka natury i filozofii. Łączy profesjonalizm
z zaangażowaniem i unikalnym podejściem.