I
Siedziałam w poczekalni. Ktoś obok liczył lata. Nie swoje – cudze. Ten dożył siedemdziesięciu, tamta prawie dziewięćdziesięciu, ktoś inny „tylko” pięćdziesięciu dwóch. W tym „tylko” było coś, co mnie zatrzymało.
Jakby życie było długością, nie treścią.
Siedziałam tam i myślałam, że to dziwne, jak bardzo potrafimy się przejmować ilością dni, a jak mało tym, co się w tych dniach mieści. Jakbyśmy zbierali paragony zamiast wspomnień. Albo jeszcze gorzej – jakbyśmy odkładali życie „na później”, licząc, że kiedyś przyjdzie moment bardziej odpowiedni, bardziej elegancki, bardziej gotowy.
Nie przychodzi.
Znam ludzi, którzy żyją ostrożnie. Tak, żeby się nie wychylić, nie narazić, nie powiedzieć za dużo. Ich życie jest jak koszula na specjalne okazje – wisi w szafie, czeka, nie używa się jej na co dzień, żeby się nie zniszczyła.
Tylko że ciało nie pyta, czy już jest odpowiednia okazja. Czas też nie.
I często okazuje się, że mamy pełną szafę rzeczy, których nigdy nie założyliśmy. Słów, których nie powiedzieliśmy. Decyzji, których nie podjęliśmy. Bo jeszcze nie teraz. Bo jeszcze zdążymy. Bo przecież najważniejsze, żeby „jakoś dożyć”.
Do czego właściwie?
Zawsze mnie zastanawiało to spokojne przyzwolenie na bylejakość, jeśli tylko mieści się w długim czasie. Jakby długość życia była automatycznie jego jakością. Jakby wystarczyło trwać, żeby to miało sens.
A przecież można trwać i nie być.
Można przeżyć całe lata w półcieniu własnych wyborów. Nie dlatego, że ktoś zabronił. Bardziej dlatego, że łatwiej było nie sprawdzać, kim się jest naprawdę. Łatwiej było nie ryzykować niewygody.
Szlachetność – trudne słowo. Brzmi trochę jak coś z podręcznika albo z czyjegoś pomnika. A dla mnie to jest coś bardzo prostego i bardzo wymagającego jednocześnie.
To moment, kiedy robisz coś właściwego, choć nikt nie patrzy. Albo kiedy mówisz prawdę, choć wygodniej byłoby się uśmiechnąć i zmienić temat. To nie jest wielkie. Ale kosztuje.
I chyba dlatego tak rzadko wybieramy tę wersję życia. Bo ona nie gwarantuje długości. Nie daje poczucia bezpieczeństwa. Nie wpisuje się w tabelki i statystyki. Czasem wręcz przeciwnie – komplikuje.
A my lubimy mieć poczucie, że wszystko jest „pod kontrolą”. Nawet jeśli ta kontrola polega na tym, że niczego naprawdę nie dotykamy.
Pamiętam moment, kiedy ktoś powiedział mi: „najważniejsze to dożyć spokojnie starości”. Wtedy to po raz pierwszy pomyślałam, że może nie chcę „spokojnie”, jeśli to znaczy „byle jak”.
Bo co to właściwie znaczy – żyć długo?
Czy to jest kolekcjonowanie kolejnych lat jak znaczków? Czy raczej umiejętność spojrzenia na swoje życie bez odwracania wzroku?
Nie wiem.
Wiem tylko, że nie mamy wpływu na to, ile czasu dostaniemy. To jest ta część, która nie podlega negocjacjom. Możemy się łudzić, planować, zabezpieczać – a i tak gdzieś obok toczy się coś, na co nie mamy żadnego wpływu.
Ale sposób, w jaki przeżywamy to, co mamy – to już jest nasza sprawa.
Bo nie można się zasłonić „brakiem czasu”. Nie można powiedzieć: „kiedyś będę”. Bo to „kiedyś” jest zawsze wygodnym alibi dla dzisiaj.
A dzisiaj jest konkretne.
Ma twarz i decyzje, ma momenty, które można przeżyć albo ominąć. Można powiedzieć coś ważnego albo znowu zostawić to na później. Można być uczciwą wobec siebie albo znowu się trochę przesunąć, żeby było łatwiej.
Nikt tego nie zapisuje. Nie ma podsumowania na końcu dnia.
Ale coś się odkłada. Nie lata – tylko ich zawartość.
I czasem myślę, że to jest największy paradoks – że tak bardzo boimy się krótkiego życia, a tak mało boimy się życia płytkiego. Jakby jedno było tragedią, a drugie czymś zupełnie w porządku.
A przecież można żyć długo i nigdy nie dotknąć niczego naprawdę. I można żyć krócej, ale nieprzejść obok siebie ani razu.
I teraz siedzę z tą myślą i próbuję sobie odpowiedzieć, co właściwie chcę kolekcjonować.
Lata czy momenty, w których naprawdę byłam?

