Ułatwienia dostępu

  • Z Twoim 1,5% dodamy Życia naszym dniom!
  • Twój 1,5% podatku może sprawić, że ktoś na nowo uwierzy w siebie i zacznie spełniać swoje marzenia
  • Wystarczy, że w swoim rozliczeniu wpiszesz nasz KRS 0000903011
  • Kliknij, aby rozliczyć z nami PIT!
Powrót

Średnia z pięciu

Zaczęło się niewinnie. Kawa. Jedna z tych, które piję bardziej z przyzwyczajenia niż z potrzeby. Siedziałam przy stole i słuchałam, jak ktoś opowiada o kimś trzecim. Wiesz, taki miękki plotkarski ton – niby troska, niby analiza, a jednak coś między wierszami zgrzytało.
I złapałam się na tym, że znam ten język. Za dobrze.

Podobno jesteśmy średnią pięciu osób, z którymi spędzamy najwięcej czasu. Brzmi jak matematyka, a bardziej przypomina kuchnię. Wrzucasz do garnka pięć składników – trochę goryczy, trochę ironii, odrobinę ambicji, szczyptę lęku i coś jeszcze, czego nie potrafisz nazwać – i jesz to codziennie. Nawet jeśli nie smakuje.

Tylko że ja przez długi czas nie sprawdzałam, co właściwie jem.
Myślałam, że ludzie są jak pogoda – przychodzą, jacy są, i trzeba się dostosować. Trochę się zwinąć, trochę rozprostować. Przeczekać burzę, docenić słońce. Tylko że pogoda nie mówi ci codziennie, że może powinnaś być trochę inna.
A ludzie – owszem.

I nie chodzi nawet o wielkie rzeczy. Nikt nie siada naprzeciwko i nie mówi: „słuchaj, będę cię teraz systematycznie pomniejszać”. To się dzieje w żartach. W przewracaniu oczami. W tych wszystkich „no wiesz, ty to zawsze…”.
Zbierasz to. Jak drobne monety wrzucane do kieszeni. Najpierw ich nie czujesz. Potem zaczynają ciążyć. Aż w końcu chodzisz przygarbiona i nawet nie wiesz, kiedy to się stało.
W połowie życia – albo w połowie jakiegoś etapu, bo przecież nie wszystko da się mierzyć latami – zorientowałam się, że niektóre rozmowy zostawiają mnie mniejszą. Nie zmęczoną, nie złą – mniejszą.
To jest bardzo konkretne uczucie. Jakby ktoś ściszył mnie o dwa poziomy.
I wtedy przypomniało mi się to zdanie o otaczaniu się ludźmi, którzy czynią nas lepszymi. Nie doskonałymi – to słowo zawsze mnie podejrzanie uwiera – ale lepszymi. Czyli jakimi właściwie?

Takimi, przy których nie muszę się tłumaczyć z własnego zdania.
Takimi, którzy nie traktują moich słabości jak okazji do błysku.
Takimi, którzy potrafią się ucieszyć, kiedy mi coś wychodzi – bez tego ledwo zauważalnego „ale”.

To wcale nie jest oczywiste.
Bo łatwo pomylić intensywność z jakością. Ktoś mówi dużo, śmieje się głośno, jest „jakiś” – i wydaje się, że to znaczy „dobry dla mnie”. A jak wracam do domu to mam wrażenie, że ktoś przesunął meble w mojej głowie. Nie lubię tego.

Zaczęłam więc robić coś, co na początku wydawało mi się niewdzięczne, a nawet trochę okrutne – przyglądać się ludziom jak lustrom. Nie w sensie oceny. W sensie odbicia. Kim jestem przy tobie?
Bardziej spokojna czy bardziej spięta? Bardziej sobą czy bardziej wersją roboczą?
To nie są pytania, które zadaje się przy kawie. One przychodzą w drodze do domu. Albo kiedy nagle łapiesz się na tym, że powtarzasz czyjeś zdanie i ono wcale nie jest twoje.

I widzę, że ta „średnia pięciu osób” to nie jest żaden slogan. To powolne przesiąkanie. Jak zapach dymu w ubraniach – wychodzisz z jednego spotkania i jeszcze długo pachniesz czymś, czego nawet nie lubisz.
Można się przyzwyczaić.
Można też otworzyć okno.
Tylko że otwieranie okien bywa nieprzyjemne. Przeciąg, chłód, czasem trzeba coś zamknąć, żeby coś innego mogło się przewietrzyć. A my nie lubimy zamykać ludzi. Nawet tych, którzy nas pomniejszają. Bo przecież są „w porządku”. Bo przecież „nie jest tak źle”. Bo przecież „każdy ma coś”.

Ja też tak mówiłam.
A potem zaczęłam wybierać trochę uważniej. Nie idealnie – to nie jest gra w perfekcję – ale bardziej świadomie. Zaczęłam zostawiać więcej miejsca tym, przy których oddycham normalnie. I mniej tym, przy których muszę się pilnować, żeby nie być „za bardzo”.
To było ciche przesuwanie granic. Jak przestawianie krzesła o kilka centymetrów dziennie, aż w końcu okazuje się, że siedzisz zupełnie gdzie indziej.

I coś się zmienia. Nie spektakularnie. Ale wystarczająco, żeby zauważyć.

Bo może wcale nie chodzi o to, żeby mieć wokół siebie pięć idealnych osób. Może chodzi o to, żeby nie godzić się na bycie czyjąś wersją zaniżoną.

I teraz siedzę przy tej samej kawie, tylko ciszej wokół. I myślę, że to dziwne, jak długo można nie zauważać, że ktoś ustawia cię w swoim cieniu. I jeszcze dziwniejsze, jak trudno jest zrobić krok w bok. Tylko że kiedy już go zrobisz, nagle widzisz więcej światła.

I wtedy pojawia się pytanie, którego wcześniej nie było – ile z tego, kim jestem dzisiaj, naprawdę jest moje?

 

Czas na Życie

AgaPu
Pasjonatka natury i filozofii. Łączy profesjonalizm
z zaangażowaniem i unikalnym podejściem.

Share