Zaczęło się niewinnie. Kawa. Jedna z tych, które piję bardziej z przyzwyczajenia niż z potrzeby. Siedziałam przy stole i słuchałam, jak ktoś opowiada o kimś trzecim. Wiesz, taki miękki plotkarski ton – niby troska, niby analiza, a jednak coś między wierszami zgrzytało.
I złapałam się na tym, że znam ten język. Za dobrze.
Podobno jesteśmy średnią pięciu osób, z którymi spędzamy najwięcej czasu. Brzmi jak matematyka, a bardziej przypomina kuchnię. Wrzucasz do garnka pięć składników: trochę goryczy, trochę ironii, odrobinę ambicji, szczyptę lęku i coś jeszcze, czego nie potrafisz nazwać. I jesz to codziennie. Nawet jeśli nie smakuje.
Tylko że ja przez długi czas nie sprawdzałam, co właściwie jem.
Myślałam, że ludzie są jak pogoda – przychodzą, jacy są, i trzeba się dostosować. Trochę się zwinąć, trochę rozprostować. Przeczekać burzę, docenić słońce. Tylko że pogoda nie mówi ci codziennie, że może powinnaś być trochę inna.
A ludzie, owszem.
I nie chodzi nawet o wielkie rzeczy. Nikt nie siada naprzeciwko i nie mówi: „słuchaj, będę cię teraz systematycznie pomniejszać”. To się dzieje w żartach. W przewracaniu oczami. W tych wszystkich „no wiesz, ty to zawsze…”.
Zbierasz to. Jak drobne monety wrzucane do kieszeni. Najpierw ich nie czujesz. Potem zaczynają ciążyć. Aż w końcu chodzisz przygarbiona i nawet nie wiesz, kiedy to się stało.
W połowie życia – albo w połowie jakiegoś etapu, bo przecież nie wszystko da się mierzyć latami – zorientowałam się, że niektóre rozmowy zostawiają mnie mniejszą. Nie zmęczoną, nie złą – mniejszą.
To jest bardzo konkretne uczucie. Jakby ktoś ściszył mnie o dwa poziomy.
Jest takie zdanie o otaczaniu się ludźmi, którzy czynią nas lepszymi. Nie doskonałymi, to słowo zawsze mnie podejrzanie uwiera, ale lepszymi. Czyli jakimi właściwie?
Takimi, przy których nie muszę się tłumaczyć z własnego zdania.
Takimi, którzy nie traktują moich słabości jak okazji do błysku.
Takimi, którzy potrafią się ucieszyć, kiedy mi coś wychodzi – bez tego ledwo zauważalnego „ale”.
To wcale nie jest oczywiste.
Bo łatwo pomylić intensywność z jakością. Ktoś mówi dużo, śmieje się głośno, jest „jakiś” – i wydaje się, że to znaczy „dobry dla mnie”. A jak wracam do domu to mam wrażenie, że ktoś przesunął meble w mojej głowie. Nie lubię tego.
Zaczęłam więc robić coś, co na początku wydawało mi się niewdzięczne, a nawet trochę okrutne – przyglądać się ludziom jak lustrom. Nie w sensie oceny. W sensie odbicia. Kim jestem przy tobie?
Bardziej spokojna czy bardziej spięta? Bardziej sobą czy bardziej wersją roboczą?
To nie są pytania, które zadaje się przy kawie. One pojawiają w aucie, w drodze do domu. A niekiedy po kilku dniach. Kiedy nagle łapiesz się na tym, że powtarzasz czyjeś zdanie, bo ono wcale nie jest twoje.
I widzę, że ta „średnia pięciu osób” to nie jest żaden slogan. To powolne przesiąkanie. Jak zapach dymu w ubraniach – wychodzisz z jednego spotkania i jeszcze długo pachniesz czymś, czego nawet nie lubisz.
Powiesz, można się przyzwyczaić.
Powiesz, można też otworzyć okno.
Tylko że otwieranie okien bywa nieprzyjemne. Przeciąg, chłód. A jednak czasem trzeba coś zamknąć, żeby coś innego mogło się przewietrzyć. A my nie lubimy zamykać ludzi. Nawet tych, którzy nas pomniejszają. Bo przecież są „w porządku”. Bo przecież „nie jest tak źle”. Bo przecież „każdy ma coś”.
Ja też tak mówiłam.
A teraz zaczęłam wybierać trochę uważniej. Nie idealnie – to nie jest gra w perfekcję – ale bardziej świadomie. Zaczęłam zostawiać więcej miejsca tym, przy których oddycham normalnie. I mniej tym, przy których muszę się pilnować, żeby nie być „za bardzo”.
Żeby unikać cichego przesuwania granic. Takiego przestawiania krzesła o kilka centymetrów dziennie. Żeby w końcu nie okazywało się, że siedzę zupełnie gdzie indziej.
I coś się zmieniło.
Bo może wcale nie chodzi o to, żeby mieć wokół siebie pięć idealnych osób. Może chodzi o to, żeby nie godzić się na bycie czyjąś wersją zaniżoną.
I teraz siedzę przy tej samej kawie, tylko ciszej wokół. I myślę, że to dziwne, jak długo można nie zauważać, że ktoś ustawia cię w swoim cieniu. I jeszcze dziwniejsze, jak trudno jest zrobić krok w bok. Tylko że kiedy już go zrobisz, nagle widzisz więcej światła.
I wtedy pojawia się pytanie, którego wcześniej nie było – ile z tego, kim jestem dzisiaj, naprawdę jest moje?

