Zegarek za 15 złotych tak samo odmierza czas jak zegarek za 250 tysięcy.
Nie wiem, kto naprawdę to powiedział, ale to zdanie zostało ze mną. Dlatego, że jest proste. A prostych zdań nie da się interpretować.
Zegarek mierzy czas. Nie mierzy, czy jestem szczęśliwa, czy dobrze śpię. Nie mierzy sensu, ani spokoju. Nie mierzy tego, ile razy wróciłam do tej samej myśli, choć obiecałam sobie, że już nie będę.
Przesuwa wskazówki. Pilnuje minut. Daje sygnał, że coś się zaczęło albo skończyło.
Dla kogoś, kto siedzi w apartamencie z widokiem na miasto. Dla kogoś, kto liczy, czy starczy do końca miesiąca. Dla kobiety, która odkłada telefon, bo nie ma siły na kolejną rozmowę. Dla mężczyzny, który udaje, że nic go nie rusza, choć rusza go wszystko. Dla dziecka, które czeka pod drzwiami. Dla matki, która mówi „zaraz”, choć wie, że zaraz jest jednym z najbardziej pojemnych kłamstw codzienności.
Zegarek nie wie, kto go nosi.
Możesz mieć na nadgarstku majątek, a nadal spóźnić się do własnego życia. Możesz nosić najtańszy zegarek z marketu i zdążyć powiedzieć prawdę wtedy, kiedy ona jeszcze coś zmieni.
Czas nie robi różnicy. To My ją robimy.
To my udajemy, że niektóre godziny są mniej ważne, bo są zwykłe. Poranek z rozlaną kawą. Zakupy robione w pośpiechu. Pięć minut ciszy w aucie, zanim wejdziemy do domu. To wszystko wydaje się małe, dopóki nie zauważymy, że życie nie składa się głównie z wielkich scen. Ono jest utkane z tych drobiazgów, które traktujemy jak przerwę techniczną.
A przecież to właśnie one są treścią.
Kiedyś myślałam, że najwięcej czasu traciłam na czekanie. W kolejkach, poczekalniach, korkach, w relacjach. Dziś myślę, że więcej tracimy na bycie nie tam, gdzie jesteśmy.
Na rozmowy prowadzone połową siebie. Na odpoczynek z poczuciem winy. Na pracę, która wchodzi do głowy nawet wtedy, kiedy zamykamy laptop. Na miłość odłożoną na później, bo najpierw trzeba ogarnąć wszystko inne.
A to „wszystko inne” jest gumowe. Zawsze się rozciąga. Zawsze znajdzie powód, żeby wejść między człowieka a jego życie.
I nagle mija dzień. Zostaje wrażenie, że coś uciekło. Tylko co właściwie? I czego ja tak naprawdę chciałam?
Nie zawsze da się odpowiedzieć od razu. Czasem człowiek krąży wokół tej odpowiedzi latami. Kupuje nowe rzeczy. Zmienia fryzurę. Przestawia meble. Zaczyna biegać. Przestaje biegać. Wchodzi w relacje, wychodzi z relacji, wraca do starych miejsc, unika nowych.
I wszystko to jest życiem.
I tu wraca ten zegarek. Za 15 złotych. Za 250 tysięcy. Z targu. Po dziadku. Z pękniętym szkłem. Z idealną kopertą. On robi swoje.
My robimy resztę, myląc ją z dekoracją. Wydaje nam się, że życie nabierze znaczenia, kiedy będzie wyglądało tak, jak trzeba. Kiedy będziemy mieć odpowiednie ciało, odpowiednią kuchnię, odpowiedni etap, odpowiednią odpowiedź na pytanie: „co u ciebie?”.
A potem przychodzi zwykły piątek i okazuje się, że największym luksusem jest usiąść bez poczucia winy.
Tego nie da się kupić za 250 tysięcy. Chociaż wielu próbowało.
Można mieć lepszy materac i nadal nie spać. Można mieć piękny stół i nie mieć z kim przy nim usiąść. Można kupić ciszę za grubymi oknami. Ale nie można kupić chwili, w której przestajesz siebie oszukiwać.
Nie lubię romantyzować prostoty. Bieda nie uszlachetnia. Brak pieniędzy potrafi upokarzać. Zmęczenie od rachunków nie jest medytacją nad sensem istnienia. Warto to powiedzieć, bo łatwo z cytatu o zegarku zrobić kolejny slogan dla tych, którzy nigdy nie musieli wybierać między lekarzem a czynszem.
Czas dalej płynie po swojemu. I zadaje pytania.
Czy kochałam, czy tylko bałam się samotności?
Czy zostałam, bo chciałam, czy dlatego, że nie umiałam wyjść?
Czy pracowałam dla życia, czy życie stało się dodatkiem do pracy?
Czy byłam obecna, czy tylko dostępna?
Zegarek dalej odmierza czas. Minuta po minucie. Nie pyta, czy już rozumiem. Nie czeka, aż będę gotowa. Nie bierze pod uwagę moich wymówek, moich strat, moich małych zwycięstw, o których nikt nie wie.
Więc co ja z nim robię, skoro wiem, że żaden zegarek nie odda mi ani jednej minuty?
Skoro czas płynie tak samo, to może najważniejsze nie jest to, czym go odmierzam.
Może ważniejsze jest to, komu go oddaję.
Czemu pozwalam go zjadać.
Gdzie jestem, kiedy on właśnie mija.
Bo może nie chodzi o zegarek.
Tylko o nadgarstek.
I o puls.
Jeszcze mój.

