Najwięcej okrucieństwa wobec opiekunów mieści się w słowie „powinnaś”.
Powinnaś mieć siłę.
Powinnaś być cierpliwa.
Powinnaś nie liczyć straconych lat.
Powinnaś kochać tak długo, aż sama przestaniesz istnieć.
Opiekowała się chorym rodzicem przez większość swojego dorosłego życia. Kiedy zmarł, poczuła ulgę.
Ulga.
Nie rozpacz, której od niej oczekiwano. Nie pustka. Nie tęsknota odpowiednio głęboka i odpowiednio widoczna.
Jak można odetchnąć po śmierci rodzica?
Można.
Można kochać człowieka i mieć dość życia podporządkowanego jego chorobie. Można życzyć mu kolejnego dnia, a sobie choć jednego dnia, który nie będzie należał do niego. Można czule poprawiać poduszkę i jednocześnie czuć złość, że świat za drzwiami trwa, a nasze życie utknęło przy łóżku.
Długotrwała opieka potrafi pożreć całą biografię. Dni przestają układać się w plany, marzenia i własne potrzeby. Układają się w obowiązki. Człowiek staje się czujnością. Nasłuchuje. Sprawdza. Przewiduje. Reaguje.
Nawet kiedy śpi, pozostaje na dyżurze.
Choroba należy do jednej osoby, ale potrafi zamieszkać w całym domu. Wchodzi do kuchni, łazienki, kalendarza i portfela. W końcu trudno ustalić, gdzie kończy się życie chorego, a zaczyna życie opiekuna.
Szczególnie gdy opiekunką jest córka.
Od córki oczekuje się czegoś więcej niż obecności. Ma pamiętać, przewidywać, wybaczać i nie okazywać zmęczenia. Przecież to matka. Przecież tyle jej zawdzięcza. Przecież miłość nie prowadzi rachunków.
Tylko człowiek prowadzi.
Pamięta odwołane wyjazdy. Pamięta noce przerwane wołaniem. Pamięta własne życie odkładane na później tak wiele razy, że „później” zaczęło brzmieć jak kiepski żart.
Choroba nie jest winą. Wyczerpanie również nią nie jest.
A jednak od opiekuna oczekuje się czystych uczuć. Kiedy przychodzi śmierć, powinien cierpieć tak, żeby potwierdzi swoją miłość.
Jeśli pojawia się ulga, zaczynają się pytania.
Może nie kochała wystarczająco?
Może czekała na ten moment?
Może jest złą córką?
Nikt nie pyta, ile lat czekała na własne życie.
Ulga nie oznacza radości ze śmierci. Oznacza, że skończyło się coś, co od dawna było ponad siły. Ciało wreszcie usłyszało, że może przestać się bać.
Żałoba mieści wiele uczuć. Człowiek płacze, a potem zasypia spokojniej niż przez ostatnie dziesięć lat. Budzi się i przez chwilę nie wie, co zrobić z ciszą.
Rodzic umarł.
Wraz z nim skończyła się choroba, lęk i dyżur córki. Skończyło się również życie, wokół którego przez lata zbudowane było każde „muszę”.
Zostało „mogę”.
Mogę wyjść.
Mogę zasnąć.
Mogę zacząć zastanawiać się, kim jestem, kiedy nikt już mnie nie potrzebuje.
Ulga nie tańczy na grobie. Siada obok żałoby i po raz pierwszy od lat niczego od niej nie chce.
Każdy z nas zna taką opiekunkę.
Tylko czy kiedykolwiek zapytaliśmy, ile kosztowało ją to życie?

