Lato zaczyna się dokładnie 21 czerwca o 10:24. Ale we mnie zaczyna się wtedy, kiedy poczuję zapach arbuza i przez sekundę nie wiem, ile ma lat.
Bawi mnie ta dokładność. Jakby lato czekało za drzwiami z zegarkiem, żeby wejść punktualnie, poprawić okulary i powiedzieć: dzień dobry, od teraz proszę się cieszyć.
Kiedyś lato zaczynało się wakacjami. Kolanami brudnymi od trawy. Truskawkami na działce. Arbuzem, który kapał po rękach. Asfalt robił się miękki pod sandałami. Były pocztówki. Pachniało kurzem z drogi, mokrym ręcznikiem i wodą z jeziora. Kompotem. Pomidorami krojonymi na krzywo. Wodą z węża ogrodowego, której nie powinno się pić, ale każdy pił.
Pachniało plastikiem z dmuchanego materaca. Kioskiem. Oranżadą. Rozgrzaną ławką. A pomiędzy tym wszystkim mieściły się rzeczy zupełnie niepraktyczne. Siedzenie na murku. Patrzenie, czy mrówki naprawdę wiedzą, dokąd idą. Przekładanie kamyków z kieszeni do kieszeni. Skakanie w gumę. Chowany. Podchody. Wiszenie na trzepaku.
Teraz lato robi się zadaniem. Trzeba zdążyć odpocząć. Trzeba wykorzystać pogodę. Trzeba zaplanować wyjazd, spakować się rozsądnie, pamiętać o ładowarce, lekach, dokumentach. I jeszcze o tym, żeby się wyluzować.
Tak. Pamiętać o tym, żeby się wyluzować.
Śmieję się do siebie, bo sama potrafię zrobić z wakacji operację logistyczną. Zamiast spakować sukienkę, pakuję trzy wersje siebie. Tę spokojną. Tę przygotowaną. Tę, która na pewno niczego nie zgubi. Żadna potem nie mieści się w walizce.
Lato przychodzi. Teraz dzień będzie długi. Najdłuższy. A jednak już w tej informacji jest haczyk. Od niedzieli każdy kolejny zacznie się skracać. Jeszcze nie zdążymy wejść do lata, a ono już będzie odrobinę odchodzić.
Nie lubię tego wiedzieć.
Za tydzień Fundacja zaczyna wakacje rejsowo. W Grecji, na Zatoce Sarońskiej. Już samo słowo „rejsowo” jest radosne. Trochę jak człowiek, który kupił kapelusz i od razu inaczej chodzi.
Będą jachty. Będą rzeczy upchnięte tam, gdzie akurat się zmieściły. Będzie ktoś, kto za dużo spakował. Będzie ktoś, kto powie, że nie ma choroby morskiej, a potem przez godzinę będzie bardzo cichy. Będą mokre stroje, włosy w nieładzie, szukanie okularów i pytanie: czy ktoś widział mój ręcznik?
Będą też pewnie wschody słońca. Te prawdziwe. Przy których człowiek ma zaspane oczy i nie wie, czy bardziej marznie, czy się zachwyca. Będą zachody, których nie da się dobrze sfotografować. Będą rozmowy. Jedne długie, inne przypadkowe. Będzie cisza między zdaniami, której na lądzie często się boimy.
Może będą delfiny. Może nie.
Będzie też bałagan. I dobrze.
Fundacja pomaga komuś wejść na pokład. Usiąść obok drugiej osoby. Zobaczyć rano morze. Pomyśleć: jestem tu naprawdę.
W niedzielę o 10:24 zacznie się lato. Może dlatego tak bardzo chcę, żeby te wakacje się wydarzyły. Nie jako projekt. Nie jako zadanie. Jako coś, co się przydarza ludziom, którzy przez chwilę mogą nie dźwigać całej siebie.
Za oknem pachnie skoszona trawa. W lodówce czekają truskawki. Grecja dopiero przed nami.
A ja stoję przy blacie z lepkimi palcami i myślę, że może lato zaczyna się wtedy, kiedy przestajemy udawać, że nie tęsknimy.
Tylko za czym?

