Ułatwienia dostępu

Powrót

Dlaczego ciągle każą nam się bać?

Przyjaciółka, która na stale mieszka poza Europą, po przeczytaniu kilku polskich nagłówków zapytała, dlaczego tutaj ciągle ktoś ludzi czymś straszy.

Powiedziała to zwyczajnie. Była u nas od paru dni i już zdążyła się dowiedzieć, że nadchodzi burza, kryzys, fala zachorowań, podwyżki, wojna, susza, ulewa i bardzo trudny czas.
Ten trudny czas nadchodzi u nas regularnie. Czasem kilka razy dziennie.
Najpierw chciałam jej wyjaśnić, że np. alerty RCB ostrzegają przed realnym zagrożeniem. Tylko, ona pytała, dlaczego mówi się o zagrożeniach bez przerwy i prawie zawsze tym samym tonem. Tonem, po którym człowiek powinien przerwać obiad, sprawdzić zapasy i zadzwonić do rodziny.

U nas prawie wszystko nadchodzi.
Nadchodzi załamanie pogody. Nadchodzi kryzys. Nadchodzi kolejna fala. Nadchodzi trudna jesień, trudna zima i jeszcze trudniejszy rok.
Eksperci ostrzegają. Służby apelują. Politycy alarmują. Dziennikarze pytają, czy mamy się czego bać, choć sam tytuł już udzielił odpowiedzi.
Mamy.
Widocznie zwykła informacja przestała wystarczać. Musi mieć podniesiony głos. Musi zawierać słowo „pilne”, nawet kiedy pilne jest głównie to, żeby przed artykułem otworzyć reklamę materaca.

Patrzę na alert RCB i chcę wiedzieć, czy mam zamknąć okna. Nie przeszkadza mi ostrzeżenie przed burzą.
Przeszkadza mi świat, w którym każda chmura dostaje oprawę stanu wyjątkowego.
Granica gdzieś się rozmyła.
Komunikat o silnym wietrze stoi obok informacji o możliwym konflikcie zbrojnym. Ostrzeżenie przed śliską drogą pojawia się pomiędzy kryzysem państwa, a końcem znanego nam porządku.

Wszystko jest ważne. Wszystko groźne. Wszystko wymaga natychmiastowej uwagi. A człowiek ma tylko jeden kark do napięcia.
Zastanawiam się czasem, kto uznał, że strach jest najlepszym sposobem rozmawiania ze społeczeństwem.
Może wyszło to samo. Jeden nagłówek był mocniejszy, więc dostał więcej kliknięć. Jeden polityk krzyknął głośniej, więc pokazano go trzy razy. Jeden komunikat był zbyt spokojny, więc nikt go nie przeczytał. Po pewnym czasie nikt już nie musiał niczego ustalać. Wystarczyło powtarzać to, co działa. Ktoś najwyraźniej uznał, że najłatwiej zarządza się nami wtedy, kiedy trochę się boimy.
Nie twierdzę, że istnieje jeden pokój, w którym siedzą ludzie i planują, czym przestraszą Polskę we wtorek. To byłoby nawet pocieszające. Przynajmniej ktoś nad tym panuje.
Bardziej podejrzewam przyzwyczajenie.
Media przyzwyczaiły się, że spokojny nagłówek przegrywa. Politycy, że zagrożenie skupia uwagę. Instytucje, że lepiej ostrzec na zapas.
My przyzwyczailiśmy się, że każda informacja musi wejść do domu z łokcia.
I tak siedzimy w przeciągającym się stanie alarmowym, choć akurat wynosimy śmieci albo kupujemy koperek.

Najbardziej męczy mnie to, że ciągłe straszenie podszywa się pod troskę. Ktoś ostrzega dla naszego dobra. Ktoś apeluje o ostrożność. Ktoś chce, żebyśmy byli przygotowani.
Trudno się z tym kłócić, bo od razu wygląda się na osobę, która lekceważy wichury, choroby i czołgi.
A ja ich nie lekceważę.

Chciałabym tylko, żeby informacja miała proporcje. Żeby burza była burzą. Wojna wojną. Awaria awarią.
Żeby ktoś czasem podał fakt i nie próbował przy okazji sterować moim pulsem.
Ciągłe ostrzeganie nie daje mi poczucia bezpieczeństwa.

Przyjaciółka zapytała, dlaczego tutaj ciągle ktoś ludzi czymś straszy.
Nadal nie wiem, co jej odpowiedzieć.

 

Czas na Życie

AgaPu
Pasjonatka natury i filozofii. Łączy profesjonalizm
z zaangażowaniem i unikalnym podejściem.

Share