Ułatwienia dostępu

Powrót

Telefon

Na stoliku nocnym leżał notesik. Wzięłam długopis. Napisałam numer telefonu, godziny przyjęć, nazwisko osoby prowadzącej i adres. Wpisałam też, którym autobusem można tam dojechać.
Wszystko było gotowe.
Pomyślałam, że zabrakło jednej informacji. Może trzeba sprawdzić, jakie dokumenty zabrać. Zadzwoniłam więc i zapytałam. Potem zapisałam listę rzeczy na odwrocie kartki.
Wysłałam wiadomość.

Mogłam umówić termin i podać gotową godzinę. Znałam już tę kolejność. Kiedy coś staje, zaczynam szukać następnego zadania dla siebie.
Jestem w tym dobra.
Potrafię znaleźć człowieka, który zna człowieka. Ustalić, gdzie zadzwonić. Napisać pismo. Wyjaśnić formularz. Sprawdzić drogę. Przypomnieć dzień wcześniej, a potem jeszcze rano.
Lubię chwile, w których da się coś zrobić. Jest telefon do wykonania. Jest adres do znalezienia. Jest sprawa, którą można dopilnować.
Gorzej, kiedy wszystko już leży na stole.
Patrzę wtedy na kartkę i próbuję wymyślić kolejne zadanie. Może za mało wyjaśniłam. Może coś brzmi zbyt trudno. Może numer powinien być zapisany większymi cyframi.
To jest moment, w którym łatwo pomylić pomoc z ruchem.
Ja się ruszam. Wysyłam, ustalam, sprawdzam. Wokół sprawy robi się głośno. Można nawet powiedzieć, że dużo się dzieje.
Tylko, że decyzja, nadal nie została podjęta.
Długo nie chciałam tego widzieć. Wolałam myśleć, że jeszcze trochę wysiłku z mojej strony przesunie wszystko do przodu. Dlatego, że cudze stanie w miejscu jest dla mnie trudne do zniesienia. Siedzę obok i widzę rozwiązanie. Widzę drzwi, klamkę, nawet napis na drzwiach. Mam ochotę podejść i otworzyć.
Potem przypominam sobie, że to nie ja mam przez nie przejść.
Nie jestem pewna, gdzie dokładnie kończy się pomoc. Ta granica ciągle się przesuwa. Inaczej wygląda przy kimś zmęczonym. Inaczej przy kimś przestraszonym. Inaczej przy osobie, która od dawna nie ufa własnym decyzjom.
Mogę więc zostać dłużej. Mogę powtórzyć informacje. Mogę usiąść obok podczas rozmowy. Mogę nawet trzymać kartkę, kiedy komuś drżą ręce.
Numer musi jednak wybrać ta osoba.
Piszę to i od razu czuję opór. Jakbym zostawiała człowieka samego w najgorszym momencie. A przecież właśnie wtedy obecność jest najbardziej potrzebna.
Tylko obecność też można przejąć. Usiąść tak blisko, że druga osoba nie musi już sprawdzać, czy sama potrafi wstać.
Być może dlatego ciągle coś organizuję. Łatwiej mi działać, niż powiedzieć: teraz ruch jest po twojej stronie. Łatwiej zadzwonić, niż patrzeć na telefon, który milczy.
Moja aktywność uspokaja także mnie.
To jest ta część, której nie lubię. Wolę myśleć, że robię dużo z troski. Pewnie często tak jest. Bywa też, że robię dużo, bo nie chcę poczuć własnej bezradności.
Kiedy zajmuję się wszystkim, nie muszę przyznać, że mogę nie mieć wpływu. Że druga osoba może nie zadzwonić. Może odłożyć kartkę. Może wrócić do tej samej sytuacji, choć droga wyjścia została sprawdzona i opisana.
Mogę wtedy przygotować jeszcze lepszą drogę. Ona nadal będzie pusta.
Mówimy: szukamy, organizujemy, próbujemy. W wiadomościach pojawia się dużo czasowników.
Tylko kto właściwie je wykonuje?
Jeśli ja dzwonię, ustalam, przypominam i pilnuję, druga osoba może przez chwilę poczuć, że sprawa ruszyła. Coś rzeczywiście ruszyło. Ja.
Nie chcę zabierać ręki w chwili, gdy ktoś próbuje jej dosięgnąć. Chcę ją trzymać w takim miejscu, żeby można było ją chwycić.
To wcale nie jest łatwiejsze. Trzeba zostać blisko i wytrzymać moment, w którym nic się nie dzieje.
Zapewne zapytam, czego brakuje. Powiem, że będę obok. Ponownie wskaże numer.
Telefon jest na wyciągnięcie ręki.
Czy potrafię nie sięgnąć po niego pierwsza?

 

Czas na Życie

AgaPu
Pasjonatka natury i filozofii. Łączy profesjonalizm
z zaangażowaniem i unikalnym podejściem.

Share