Usłyszałam kiedyś, od pewnej kobiety, że ten rak był mi potrzebny. Że, bez niego nie byłoby tego wszystkiego. Miała na myśli fundację. Powiedziała to jak komplement. Z wdzięcznością, może nawet z podziwem. Chciała mi pokazać, że rozumie. Choroba przyszła. Ja coś z nią zrobiłam. Powstało coś, co pomaga innym.
Pamiętam, że skinęłam głową. Nie umiałam wtedy odpowiedzieć inaczej.
Znam tę historię. Sama opowiadam ją od lat. Jest diagnoza. Leczenie. Powrót do domu. Pierwsze pomysły. Fundacja. Kolejne działania.
Rak stał się początkiem. Fundacja odpowiedzią. Ja osobą, która przeszła przez jedno i dotarła do drugiego.
To dobra opowieść. Łatwo ją zapamiętać. Ma przyczynę, skutek i moment, w którym trudne doświadczenie zostaje wykorzystane. W tej opowieści choroba dostała pracę do wykonania.
Miała mnie zatrzymać. Zmienić. Skierować tam, gdzie wcześniej nie patrzyłam. Dzięki niej miałam zrozumieć innych, zacząć działać, zrobić coś ważnego.
Czasem sama chcę w to wierzyć. Łatwiej wtedy spojrzeć na blizny. Łatwiej przyjąć miesiące, których nie odzyskam. Skoro coś powstało później, wcześniejszy ból przestaje wyglądać jak czysta strata.
Joan Didion napisała: „Opowiadamy sobie historie, żeby żyć”. To zdanie bywa powtarzane jak pochwała opowiadania. Opowiadamy, bo trudno żyć wśród rzeczy, które się nie łączą. Bierzemy kilka obrazów. Układamy je w odpowiedniej kolejności. Wybieramy moment początkowy i nazwę dla tego, co przyszło później. Zostawiamy szczegóły, które wspierają całość. Pozostałe powoli znikają.
W mojej historii o chorobie pamięć też pracuje. Zostawia rozmowę, podczas której zapadła decyzja o fundacji. Zostawia pierwszą osobę, która powiedziała, że potrzebowała takiego miejsca. Zostawia dzień, kiedy pomyślałam, że to wszystko może mieć sens.
Gorzej pamięta tygodnie, podczas których nie wydarzyło się nic. Czekanie. Zmęczenie. Cudze pocieszenia. Własną złość. Zwykłe dni, w których nie wyciągałam żadnych wniosków, bo próbowałam wstać, umyć się i zjeść coś bez mdłości. Tamte fragmenty nie prowadzą do fundacji. Nie prowadzą nigdzie. Może dlatego rzadziej o nich mówię.
Kiedy wiele razy opowiada się własne życie, pewne zdania zaczynają pojawiać się automatycznie. Już wiem, w którym miejscu ludzie się wzruszą. Wiem, kiedy zapadnie cisza. Wiem, gdzie powiedzieć coś lżejszego. Nie kłamię. Tylko wybieram. Z czasem wybór zaczyna wyglądać jak całość.
Wróćmy na chwilę do kobiety z pierwszego zdania. Zrobiła dokładnie to, do czego ją zaprosiłam. Powiedziałam: zachorowałam, później założyłam fundację. Ona usłyszała: zachorowałam, żeby założyć fundację.
Jedno małe przesunięcie. Prawie niewidoczne. A jednak. Bo co właściwie wynikałoby z takiej historii?
Że rak był ceną? Że to, co robię dzisiaj, może wyrównać rachunek? Że skoro powstało coś dobrego, wolno łagodniej spojrzeć na wszystko, co zostało mi zabrane?
Nie chcę być wdzięczna rakowi za własną pracę. Fundacja nie wyrosła z choroby sama. Nie pojawiła się wraz z wynikiem. Trzeba było ją wymyślić, zarejestrować, prowadzić. Trzeba było pisać wnioski, zdobywać pieniądze i robić rzeczy, które nie chciały zrobić się same. Choroba zostawiła materiał, z którym później próbowałam coś zrobić.
Mogłam nie zrobić nic. Mogłam wrócić do dawnego życia. Mogłam przez lata nie chcieć rozmawiać z nikim, kto używa słowa „rak”. Mogłam nie znaleźć żadnej lekcji. Każda z tych wersji byłaby dopuszczalna.
Chyba właśnie tego brakuje w historiach o wychodzeniu z kryzysu. Zbyt szybko pytamy, co dobrego z niego wynikło. Szukamy przemiany. Działania. Nowej drogi. Trudno nam zostać przy zdaniu: to się wydarzyło. Bez dalszego ciągu brzmi ono jak źle zakończona opowieść.
Może życie często jest właśnie takie. Coś się wydarza. Później dzieją się inne rzeczy. Dopiero patrząc wstecz, rysuję między nimi linię. Ta linia pomaga mi żyć. Nie mam pewności, czy mówi prawdę. Dzięki niej wiem, co powiedzieć podczas spotkania. Potrafię wyjaśnić, skąd wzięła się fundacja. Widzę jakiś porządek w latach, które z bliska były zbiorem niepasujących do siebie dni. Nie chcę tej historii wyrzucać. Chcę tylko pamiętać, że ją zrobiłam.
Kilka dni temu znowu ktoś powiedział, że widocznie choroba musiała się wydarzyć, żebym znalazła swoje miejsce. Tym razem nie skinęłam głową. Odpowiedziałam, że nie wiem, bo Fundację założyłam później.
Kobieta czekała na dalszy ciąg. Chyba sądziła, że coś jeszcze wyjaśnię. Nie wyjaśniłam.
Może opowiadamy sobie historie, żeby żyć.
Co jednak zostaje, kiedy zaczynamy żyć tak, jakby historia była tym samym co prawda?

