Przy pytaniu o trwałość projektu przestałam pisać.
Formularz nie pozwalał przejść dalej. Trzeba było wyjaśnić, co zostanie po zakończeniu finansowania. Jak wykorzystam rezultaty. W jaki sposób działania będą kontynuowane. Kto zadba o ich dalszy rozwój.
Znam te pytania.
Piszę wnioski od lat. Umiem opisać cel, rezultat, grupę odbiorców i sposób mierzenia efektów. Potrafię rozpisać budżet do ostatniej złotówki. Wiem, jak uzasadnić potrzebę projektu bez przesady i jak zmieścić kilka miesięcy pracy w limicie znaków.
Dostaję granty.
Później je realizuję. Sama.
Piszę teksty, prowadzę działania, pilnuję terminów, zbieram dokumenty, opisuję faktury i przygotowuję sprawozdania. Odpowiadam na pytania instytucji. Poprawiam tabelę, jeśli suma nie zgadza się o grosz. Pamiętam, który załącznik trzeba podpisać i którego podpisu nie można wkleić jako skanu.
Fundacja ma nazwę, statut i numer w rejestrze.
Ma też mnie.
Przy pytaniu o trwałość projektu pomyślałam o badaniu kontrolnym. Było zaplanowane na kilka tygodni później. Nic się nie działo. Nie miałam nowych objawów.
Wystarczyła data. Zobaczyłam dalszy ciąg bardzo szybko. Telefon z poradni. Dodatkowe badania. To krótkie milczenie lekarza przed zdaniem, którego nie chcę usłyszeć. Potem leczenie, którego jeszcze nie ma, i zmęczenie, które ciało zna.
Zaraz za nim pojawiła się fundacja. Jako lista obowiązków. Wniosek do uzupełnienia. Umowa grantowa. Termin sprawozdania. Dostęp do banku. Hasło do systemu. Faktury opisane tylko do połowy. Dokument, o którym wiem wyłącznie ja. Wiadomość, na którą nikt nie odpowie, bo nikt poza mną nie wie, że trzeba.
Choroba jeszcze nie wróciła. Ja zdążyłam już nie rozliczyć grantu.
„Częściej cierpimy w wyobraźni niż w rzeczywistości” – napisał Seneka.
Nie umiem przeczytać tego zdania spokojnie. Brzmi trochę tak, jakby wyobraźnia była zbędnym dodatkiem. Jakby można ją było wyłączyć rozsądną decyzją. Jakby ciało po chorobie nie pamiętało, że coś niemożliwego już raz stało się zwyczajne.
Mój lęk nie powstał bez powodu. Była diagnoza. Było leczenie. Były wyniki, od których zależało, co wydarzy się dalej. Nie wymyśliłam sobie możliwości wznowy. Ona istnieje także wtedy, gdy akurat o niej nie myślę.
A jednak przy tamtym formularzu nie bałam się tego, co było. Bałam się zdarzeń, które zdążyłam już szczegółowo przeżyć, choć żadne z nich się nie rozpoczęło. W kilka minut odebrałam sobie możliwość pracy. Fundacji odebrałam grant. Projektowi odebrałam zakończenie. Potem jeszcze wyobraziłam sobie, że wszystkie wcześniejsze działania rozpadają się, bo nie będzie osoby, która zna ich kolejność.
To ostatnie zatrzymało mnie bardziej niż sama choroba.
Od dawna mówię, że fundacja jest ważniejsza ode mnie. Że powstała po coś. Że powinna działać długo i docierać do kolejnych osób.
Tylko jak ma to zrobić?
Cała jej pamięć mieści się we mnie. Nie w procedurze. Nie w zespole. Nie w dobrze opisanym archiwum. W mojej głowie, skrzynce mailowej i odruchu, dzięki któremu pamiętam o terminie kilka dni przed przypomnieniem.
Jestem jej mózgiem, szyją i rękami. Kiedy to mówię, słyszę w tym dumę. Zaraz potem słyszę ostrzeżenie.
Przez długi czas wydawało mi się, że największym zagrożeniem dla fundacji jest brak pieniędzy. Dlatego pisałam kolejne wnioski. Uczyłam się konkursów, regulaminów i języka instytucji. Szukałam środków. Dostawałam je. Robiłam następny projekt. Nie zauważyłam, że razem z każdym grantem rośnie liczba rzeczy zależnych od mojej obecności.
Wniosek pytał o trwałość projektu. Ja mogłam wpisać publikacje, materiały i dalsze wykorzystanie rezultatów. Mogłam opisać dostępność treści po zakończeniu finansowania. Wszystko zgodnie z prawdą. Nie było pola na inne pytanie.
Co stanie się z tym wszystkim, kiedy pewnego dnia nie będę mogła otworzyć komputera?
Zaczęłam tworzyć listę. Dane dostępowe. Terminy. Numery umów. Instrukcje do systemów. Miejsca, w których znajdują się dokumenty. Najpierw szło mi szybko. Potem dotarłam do spraw, których nie dało się zapisać jednym zdaniem.
Skąd wiem, że trzeba wysłać wiadomość właśnie teraz. Dlaczego tego wydatku nie wolno przesunąć. Co miałam na myśli, wpisując w kalendarzu tylko jedno nazwisko.
Zamknęłam plik. Nie dlatego, że lęk minął. Chyba przestraszyło mnie, że przygotowuję fundację na własną nieobecność. Samo porządkowanie dokumentów zaczęło wyglądać jak zgoda na coś, co jeszcze się nie wydarzyło. To absurdalne. Wiem. Porządek nie wywołuje choroby. Spisane hasło nie jest diagnozą. Instrukcja nie przyspiesza wyniku.
Mimo to przez kilka dni nie wracałam do listy. Za to wracałam do formularza. Pole dotyczące trwałości nadal było puste. Migał w nim kursor, jakby zadawał prostsze pytanie, niż zadawał naprawdę. W końcu napisałam odpowiedź dotyczącą projektu. Bez wielkich deklaracji. Opisałam, co zostanie i jak będzie dostępne. Wysłałam wniosek.
Potem otworzyłam tamten drugi plik. Dopisałam numer umowy, termin rozliczenia i informację, gdzie znajdują się faktury. Tylko tyle. Następnego dnia dodałam kolejne trzy rzeczy. Nie poczułam ulgi.
Seneka nie zatrzymał mojej wyobraźni. Nie sprawił, że przestałam bać się wznowy. Pokazał mi tylko chwilę, w której możliwość zaczyna udawać fakt, a ja podporządkowuję jej decyzje.
Badanie jeszcze się nie odbyło. Wniosek został wysłany. Lista nadal nie jest skończona.
Czy buduję fundację, która ma trwać, czy tylko kolejne obowiązki, których nie wolno mi zostawić?

