W grudniu poznałam Krzysztofa.
Był uczestnikiem projektu „Czas na Poruszenie. Prawdziwa siła to niemilczenie”. Ten wywiad cały czas jest ze mną.
Krzysztof powiedział wtedy, że człowiek musi mieć minimum dwa cele. Nie – powinien. Nie – dobrze by było. Musi. Zatrzymałam się na tym słowie. Bo ono nie zostawia pustego miejsca.
Musi.
Można to nazwać różnie. Cele. Marzenia. Tęsknoty. Chciejstwa. Plany. Zachcianki. Nie mam potrzeby kłócić się o nazwę. Nazwa jest mniej ważna niż to, czy coś w człowieku jeszcze idzie do przodu. W onkologii widać to bardzo wyraźnie. Często słyszę: chcę dożyć pełnoletniości dziecka. Chcę doczekać wnuka. Chcę być na ślubie córki. Chcę zobaczyć maturę syna.
I ja to rozumiem. Jak można tego nie rozumieć.
To są zdania, które mają w sobie ciało. Mają datę. Twarz. Imię. Mają konkretny dzień, do którego człowiek próbuje dojść. Czasem ostatkiem sił. Czasem z takim uporem, że trudno patrzeć bez ściśniętego gardła.
Ale od tamtej rozmowy z Krzysztofem słyszę jeszcze coś.
A co dalej?
Nie mówię tego lekko. Nawet teraz, kiedy piszę, to pytanie wierci mi dziurę w mojej głowie. Chodzi o to, że jeden cel jest zbyt samotny.
Może być ogromny. Może być najważniejszy. Może ratować poranki i trzymać człowieka przy leczeniu, przy tabletkach, przy kolejnej wizycie, przy następnym badaniu. Nie odbieram mu tego. Tylko boję się momentu po.
Bo jeśli całe światło pada na jeden dzień, to co zostaje, kiedy ten dzień minie? Kiedy osiemnastka się odbędzie. Kiedy wnuk się urodzi. Kiedy zdjęcie zostanie zrobione. Kiedy tort zostanie zjedzony, a talerzyki ktoś włoży do zmywarki.
Co wtedy ma poprowadzić człowieka dalej?
Życie nie znosi próżni. Nie lubię zdań, które brzmią, jakby wszystko wiedziały. To zdanie też może tak brzmieć. Bo co, gdy ktoś przez długi czas miał tylko jeden punkt przed sobą.
Jedne drzwi.
Do nich szedł.
Do nich zbierał siły.
Do nich oddychał.
A potem te drzwi się otwierają. I dobrze, żeby za nimi były drugie. Mogą być zwykłe. Mogą nawet brzmieć głupio, jeśli ktoś usłyszy je z boku.
Pojechać z wnukiem tramwajem. Nauczyć dziecko lepić pierogi. Zobaczyć morze zimą. Kupić czerwony płaszcz. Przeczytać książkę, którą odkładałam od lat. Pójść na spacer bez celu. Zrobić prawo jazdy. Posadzić pomidory. Powiedzieć komuś coś, czego nie mówiłam, bo zawsze był nie ten moment.
To nie musi być dużo. Ma tylko nie być jedno.
Krzysztof powiedział „minimum dwa” i dlatego to zdanie zostało. Bo było twarde. Nie mówiło: wszystko będzie dobrze. Mówiło: nie zostawaj z jednym punktem. Jedno marzenie może być na teraz. Drugie musi czekać za nim.
I dziś, kiedy spełniło się jedno z moich marzeń. Śpieszę wymyślać kolejne.
Zamykam oczy i patrzę za czym tęsknie. Co chcę jeszcze poczuć, zobaczyć, zrobić, naprawić, przeżyć. Zapisuję punkt po punkcie. Nie dlatego, że trzeba ciągle gonić.
Dlatego, że życie powinno mieć dokąd mnie dalej poprowadzić.
Teraz tak o tym myślę.

